maj 4, 2016

Ciemna strona mocy, czyli co trzeba wiedzieć o aplikacjach i technologiach medycznych

koltowskimaj_blogpost.png

Na pewno nie raz słyszeli Państwo powiedzenie, że “nie ma takiej rzeczy, do której obsługi nie powstałaby odpowiednia aplikacja”. To prawda - wystarczy spojrzeć na oficjalne sklepy twórców systemów operacyjnych na smartfony (Apple, Google i Microsoft), żeby zobaczyć, że do wyboru mamy miliony aplikacji (w tym około 165 000 aplikacji dotyczących zdrowia).


Co jednak z innym, jakże mądrym przysłowiem: Nie wszystko złoto, co się świeci?

Trzeba je koniecznie brać pod uwagę, jeśli chodzi o jakiekolwiek rozwiązania z dziedziny medycyny, zwłaszcza aplikacje i urządzenia. Co innego bowiem, jeżeli nie będziemy zadowoleni z gry na komórkę, w której trzeba przesuwać po ekranie kolorowe kuleczki, a co innego, jeśli zostaniemy wprowadzeni w błąd w sprawach naszego zdrowia, co w niektórych przypadkach może skończyć się tragicznie.

Przykładów na potwierdzenie tej tezy nie trzeba daleko szukać - wystarczy spojrzeć na aplikacje kardiologiczne takie jak Finger Blood Pressure na Androida, dzięki której możemy jakoby zmierzyć ciśnienie krwi, przykładając palec do ekranu naszego smartfona (co jest oczywiście kompletnie niemożliwe, przynajmniej przy użyciu obecnej na rynku technologii).

Przerażające jest to, że do tej pory aplikację ściągnęło od 100 000 do 500 000 osób, a 1 301 dało jej najwyższą ocenę. Innymi przykładami aplikacji, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, są np. aplikacje do oceniania, czy znamię może być złośliwe, a także aplikacja dla osób cierpiących na depresję, która nie informuje użytkownika, że powinien szukać pomocy, nawet gdy ten wpisze w dzienniczku nastroju, że ma myśli samobójcze.

Sytuacja robi się jeszcze bardziej poważna, jeśli chodzi o nowe technologie medyczne.

Ostatnio bardzo głośno jest o kłopotach firmy Theranos, jednego z technologicznych jednorożców (czyli firm wycenianych na ponad miliard dolarów). Theranos twierdził, że dysponuje rewolucyjną technologią do przeprowadzania tanich i dokładnych oznaczeń biochemicznych (ponad 240 testów, np. oznaczenia stężenia cholesterolu we krwi czy markerów rakowych) jedynie z kilku kropli krwi pobieranej z palca jak do oznaczeń w glukometrze. Niestety, pojawiają się głosy, że technologia ma ograniczoną dokładność, a wyniki badań przeprowadzanych przy jej użyciu są nieprawidłowe. Nie trzeba chyba mówić, co to oznacza dla pacjentów, którzy korzystali z testów Theranosa.

koltowski_maj.png 

Jak więc mamy bronić naszych pacjentów przed szkodliwymi aplikacjami i technologiami?

Na przykładzie Theranosa widać, jak bardzo ważne w tym przypadku są badania kliniczne. Oczywiście nie możemy oczekiwać ich przeprowadzania od twórców małych aplikacji służących np. jako dzienniczki do zapisywania poziomu glukozy we krwi, ale jeśli pojawia się jakaś nowa, naprawdę rewelacyjna technologia, przed poleceniem jej naszym pacjentom warto poszukać wyników badań klinicznych na jej temat.

Na sukces Theranosa wpłynęło w dużej mierze zainteresowanie świata mediów jego charyzmatyczną prezes, Elizabeth Holmes, która założyła firmę, mając jedynie 19 lat, ponieważ bała się tradycyjnego pobierania krwi. W samych superlatywach pisały o niej (a przy okazji o jej firmie) takie pisma jak Times, Wall Street Journal czy Forbes. Niestety, próżno było szukać artykułów oceniających technologię Theranosa w literaturze biomedycznej.

 

W przypadku urządzeń medycznych należy też sprawdzać, czy otrzymały one akceptację Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) czy znak CE (potwierdzający, że wprowadzany na rynek unijny produkt spełnia zasady bezpieczeństwa określone dla tego typu produktów).

Co jednak w przypadku pozostałych aplikacji służących do zarządzania zdrowiem? Akcept FDA oraz znak CE jest również wymagany w przypadku aplikacji medycznych wysokiego ryzyka (np. tych kontrolujących urządzenie medyczne, np. glukometr). Aplikacje niskiego ryzyka – takie jak dzienniczki pomiarów ciśnienia – nie wymagają takich rejestracji.

Jednak warto zwrócić uwagę czy aplikacja została sprawdzona merytorycznie przez ekspertów medycznych, czy jest systematycznie aktualizowana, czy posiada politykę bezpieczeństwa danych pacjenta.

Pod koniec 2017 Komisje Europejska planuje wydanie wytycznych oceny medycznych aplikacji mobilnych, które zawierać będą wskazówki do oceny aplikacji.

 

Warto też stosować taką samą zasadę, jaka obowiązuje w przypadku polecania źródeł informacji medycznych w Internecie.

O ile pacjenci nie powinni polegać na poradach, jakie znajdą w zbiorach redagowanych bez nadzoru merytorycznego (np. Wikipedii), to informacje publikowane przez Towarzystwa Naukowe (np. portal dla pacjenta po zawale tworzony przez Polskie Towarzystwa Kardiologiczne: http://copozawale.pl) czy te pochodzące ze znanych ośrodków (np. z Mayo Clinic) są jak najbardziej wiarygodne.

 

Ostatecznie zawsze trzeba polegać na własnej intuicji i zdrowym rozsądku.

Jeśli jakaś technologia lub aplikacja wydaje się nam się zbyt piękna, żeby była prawdziwa, nie polecajmy jej naszym pacjentom. Nawet jeśli byłaby tak kusząca i atrakcyjna, jak urządzenie do teleportacji, dzięki któremu można uniknąć korków, wracając z długiego majowego weekendu.

 

Materiały graficzne: Theranos

koltowski

Łukasz Kołtowski - asystent I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM, członek zarządu Komisji Informatyki i Telemedycyny Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Prowadzi bloga Efektywny Lekarz:

www.koltowski.com